Jak co roku latem grupa alpinistów amatorów z Morawicy wyskoczyła w góry. Tym razem w lekko zmodyfikowanym składzie: Marcin Hajdenrajch, Bartosz Kruk, Jakub Lach, Artur Tworek, Zbigniew Więckowski, Michał Wojtasik oraz Jakub Wojcieszyński w miejsce Konrada Wójcika, który niedługo przed wyjazdem został ojcem. Dokładniej wybrali się na jedną górkę: najwyższy szczyt Europy, położony przy granicy rosyjsko-gruzińskiej wygasły wulkan Elbrus. Góra o wysokości 5642m.n.p.m zwana, nie przypadkowo „Władcą Wichrów”, przewyższa inne okoliczne szczyty o około 1500m. Ten fakt połączony z jej usytuowaniem pomiędzy dwoma ogromnymi zbiornikami wodnymi, Morzem Czarnym i Morzem Kaspijskim skutkuje błyskawicznymi zmianami surowej rosyjskiej pogody. Elbrus, który przez krótki okres czasu był najwyższym szczytem III Rzeszy, posiada dwa wierzchołki oddalone od siebie o około 3km. Wyższym z nich o 21m jest wierzchołek zachodni. Zbocza tej góry pokryte są kilkunastoma lodowcami o imponującej łącznej powierzchni 138km2.
Na szczyt „Lśniącej Góry” prowadzi wiele dróg. Zdecydowanie najpopularniejszą jest najłatwiejsza technicznie droga od południa, której infrastruktura umożliwia dotarcie wyciągami i ratrakami nawet powyżej 5000m.n.p.m. Oni jednak zdecydowali się na trudniejsze wejście od strony północnej. Droga ta uznawana jest za najładniejszą i daje możliwość obcowania z przyrodą bez zgiełku i udogodnień panujących od południa. Na ten spokój jednak trzeba zapracować. Północna strona ze słabym dojazdem wymaga długiego podejścia do bazy na 3700m.n.p.m, powyżej tej wysokości czeka na wspinaczy zwiększona ilość szczelin lodowcowych a podejście na wyższy zachodni wierzchołek wymaga dodatkowych kilkukilometrowych trawersów podczas podejścia i zejścia na wysokości około 5000m.n.p.m. Niemal wszyscy wspinający od tej strony atakują tylko niższy wierzchołek. Cała powyższa charakterystyka Elbrusa sprawia, że jest to pomimo swojej technicznej łatwości jedna z najbardziej śmiercionośnych gór na świecie, która co roku zabiera 15-30 wspinaczy (więcej niż Everest).

Nasi alpiniści decyzję o próbie zdobycia Elbrusa podjęli podczas zeszłorocznej wyprawy na 7 z 8 czterotysięczników Monte Rosy. Rok czasu poświęcili na rozpoznanie góry oraz przygotowania logistyczne, techniczne i kondycyjne w tym leczenie wspinaczkowych kontuzji. Przygotowani, zmotywowani i wyczuleni wyruszyli w swoją podróż w poniedziałek 24.06.2019. Najpierw 2 dni podróży przez Kaliningrad, Moskwę, Mineralne Wody i Dzhily-Su do podnóża góry, następnie 1 dzień podejścia na 3700m.n.p. by znaleźć się w krainie wiecznej zimy. Tutaj założyli obóz, który miał być tymczasowy ponieważ zakładali, że wejdą od północy a zejdą na stronę południową aby jak najwięcej zobaczyć. Prognoza pogody jednak od razu zweryfikowała ich plan nie dając nadziei na choćby 2 dni dobrej pogody z rzędu, które byłyby niezbędne do wykonania trawersu góry z obciążeniem w postaci namiotów, śpiworów, etc. Nie zrażając się prognozami 4-tego dnia przystąpili do dalszej pracy organizując wyjście aklimatyzacyjne. Planowali podejść do 4800m.n.p.m. jednak silny wiatr i jeszcze słaba aklimatyzacja organizmów zatrzymały ich na wysokości 4600m.n.p.m. Po zejściu do obozu podjęli bardzo trudną decyzję: prognoza podawała, że następnego dnia jest ostatni i do tego nie pełny dzień dobrej pogody. Wiedzieli, że po wymagającym podejściu może im zabraknąć czasu na bezpieczne wejście na i zejście ze szczytu. Zrezygnowali z ataku następnego dnia skazując się na długie czekanie na okno pogodowe w namiotach. W piątek nadzieja powróciła prognoza na sobotę dawała szansę na zdobycie szczytu, jednak na po południe zapowiadane były burze. Trzeba było się spieszyć; wystartowali w piątek o 22-giej. Niestety wiatr wiejący na wysokości 4500m.n.p.m. zmusił ich do wycofania, następne okno pogodowe dopiero we wtorek. Morale ekipy wystawione zostało na ciężką próbę, silne wiatry w nocy szybko wychładzały zawalone śniegiem namioty, ciągłe przegotowywanie wody do picia w skulonej postaci i wycieczki po wodę do zamarzającego przerębla zaczynały być udręką. Straszny cios przyszedł w nocy z niedzieli na poniedziałek, od innych wspinających dowiedzieli się, że na wysokości 5200m.n.p.m. zmarł niedawno poznany przez nich wspinacz z Irlandii, który wraz z kolegami obozował koło nich w środę. Grupa tych wspinaczy napotkała na złą pogodę i zgubiła drogę, tym razem natura okazała się silniejsza od jednego z nich. Zabrakło czasu, pogody i widoczności.
Czas uciekał ale bardzo dobra prognoza pogody na wtorek, z dnia na dzień stawała się coraz lepszą. Dla nich to był graniczny ostateczny termin i udało się! We wtorek 02.07.2019. o godzinie 2:00 wyruszyli w swoją drogę aby o 13:45 stanąć na szczycie. Jednak czasu na celebrowanie wiele nie było szybka sesja fotograficzna, w silnym, mroźnym wietrze, jako podziękowanie dla wszystkich, którzy im pomogli i długie zejście do bazy. Przy zejściu góra ponownie pokazała swoją siłę. Poniżej szczytu napotkali i pomogli ewakuować wspinacza, który prawdopodobnie bez aklimatyzacji został wwieziony od południowej strony ratrakiem na 5100m.n.p.m i po zdobyciu szczytu osłabł do tego stopnia, że nie był w stanie ustać na nogach. W bazie na 3700m.n.p.m. wielkie gratulacje od poznanych tam przyjaciół. Tylko 3 z kilkudziesięciu ekip tego dnia weszło od północy na „Большой Эльбрус” oni i 2 ekipy komercyjne. Błyskawiczne pakowanie i ewakuacja do doliny z dala od śniegu. Namioty rozbili po 25-ciu godzinach wyczerpującej aktywności o 3:00 nad ranem, po to by jak najszybciej wrócić do domów, rodzin i …. pracy.
Alpiniści składają serdeczne podziękowania: Firmie Progra, Rozlewnia gazu GazLach, Putoline, P.H.U. Jawal, Carlube, Kamillo, LyoFood i wszystkim którzy pomogli w realizacji zadania.


Galeria