Agnieszka Piwowarczyk ze szpitala przy Prostej, głosami pacjentek została wybrana „Położną na Medal”, czyli najlepszą położną w regionie świętokrzyskim. Dziś z gratulacjami, kwiatami i upominkiem odwiedził ją wicestarosta Tomasz Dulny. Wspólnie z dyrektorem Świętokrzyskiego Centrum Matki i Noworodka Rafałem Szpakiem podziękowali pani Agnieszce za wszystko co robi dla swoich pacjentek.
Jak jest na co dzień najlepsza położna w regionie. Przeczytajcie państwo wywiad z Agnieszką Piwowarczyk:
– Zawód położnej nie był wymarzoną profesją, kiedy decydowała Pani o wyborze drogi zawodowej. Co zdecydowało o pójściu tą drogą?
– To prawda, uczyłam się w Technikum Gastronomicznym, więc z zamiłowania jestem kucharką, a chciałam zostać dietetyczką. Życie pokierowało jednak inaczej i ostatecznie zostałam położną.
– Jest Pani zadowolona z tego wyboru?
– Jasne! Nigdy tego nie żałowałam i cieszę się bardzo, że wykonuje ten zawód. Dzięki temu mogę towarzyszyć kobietom w tym pięknym, wyjątkowym dniu narodzin. Mogę je wspierać, a to są niesamowite emocje dla mnie, dla kobiet, którym pomagam i mężczyzn, którzy wspierają swoje partnerki. To niesamowite być z nimi w tak ważnym dniu.
– Mówi Pani o jednym, najważniejszym dniu- dniu przyjścia na świat dziecka, ale przecież raca z rodzicami to nie jest jeden dzień, to trwa kilka miesięcy.
– Tak. Przygotowuję pary do porodu, prowadzę szkołę rodzenia, ale też swoje warsztaty w domu. W ten sposób tworzy się między nami więź. Bardzo często piszą do mnie, że czegoś potrzebują. Po porodzie wysyłają mi zdjęcia swoje i swoich dzieci. To dla mnie ważne, bo świadczy o tym, że moja praca przynosi efekty. Jak się okazuje, trudno o mnie zapomnieć, bo mają gdzieś z tyłu głowy: „urodziliśmy, musimy wysłać do pani Agnieszki informację, zdjęcie, że nam się udało, tak jak sobie wymarzyliśmy”.
– W jaki sposób tworzy się tę więź z pacjentką?
– Myślę, że dobrym słowem. Wydaje mi się, że jeśli jesteś dobrym człowiekiem, to dobro do ciebie wraca. Staram się być bardzo empatycznym człowiekiem, mimo, że mam swoje problemy rodzinne. Przychodzę do pracy, zostawiam je za drzwiami. Kiedy przychodzi kobieta, daję jej całą siebie. Czasem mam nawet wrażenie, że mnie zależy bardziej niż pacjentce, ale taka jest moja praca. Chyba właśnie to wpływa na to, jak mnie odbierają.
– Mówi Pani, że nie przynosi domowych problemów do pracy, a czy zdarza się, że „zabiera Pani pracę do domu”?
– Niestety bardzo często. Nie umiem tego rozdzielić. To są wielkie emocje, czasem smutne, ale na szczęście więcej szczęśliwych. Niestety, w Polsce nie mamy opieki psychologów, więc muszę to sama gdzieś wyrzucić. Najczęściej „workiem treningowym” jest mój mąż…
– Wspomniała Pani o tym, że towarzyszy rodzicom w dniu narodzin dziecka. Czy to rzeczywiście ten najważniejszy moment, czy może bardziej istotne jest poczucie budowania relacji, a może najważniejszy jest moment, kiedy spotyka Pani dziecko z rodzicami po paru latach od narodzin?
– Myślę, że wszystkie te elementy są wspaniałe. Prowadzenie porodu, to nie jest tylko ten ostatni moment. Zdarza się, że na przygotowanie do narodzin potrzebujemy bardzo dużo czasu i zaufania. Jeśli kobieta nie będzie się ze mną czuła swobodnie, to nic nie osiągniemy. Budowanie relacji trwa przez cały ten czas, od przedstawienia się, przez mnóstwo elementów, również drobnych, jak choćby pukanie do drzwi. Zawsze to robię wchodząc do Sali. Uważam, że to jest prywatny pokój kobiety, którą się opiekuję. Różne rzeczy mogą się zdarzyć, mogą się np. przytulać z partnerem i nie chcą, żeby ktoś ich widział. Te z pozoru nieistotne rzeczy, a potem przywitanie dzieciaka, to wszystko się łączy. Najbardziej cieszy mnie to, gdy spotykam ich po kilku lat, a oni z uśmiechem mówią: „Dzień dobry pani Agnieszko! Nasz synek ma już tyle i tyle lat”. Oni mnie pamiętają. Pamiętają, jak miałam na imię, pamiętają nazwisko, a nie zdarza się często, żeby kobieta pamiętała, która położna była przy porodzie, i która przyjmowała jej dziecko.
– Dzieci też Panią poznają?
– No raczej nie, bo są bardzo malutkie, ale rodzice opowiadają im, że ta pani opiekowała się tobą po porodzie, przyjeżdżała do ciebie, była przy tobie, kiedy przyszedłeś/przyszłaś na świat.
– Wydaje się, że jeśli chodzi o kwestie porodu, to od setek lat nic się nie zmieniło, ale przecież tak nie jest. Pani jest najlepszym dowodem, że trzeba przez cały czas się doskonalić, uczyć.
– Nasz zawód obliguje nas do tego, żeby cały czas się kształcić, bo wiedza, z którą wyszłam ze studiów, a było to kilka lat temu, nie zawsze wciąż obowiązuje. Kształcę się, szukam kursów, takich które pomogą mi w pracy z rodzącymi kobietami.
– Jedna z umiejętności, która zadziwia to aromaterapia. Jak aromaterapia może pomóc rodzącej kobiecie?
– To jest bardzo złożony proces, dlatego że mózg mocno zapamiętuje zapachy. Kiedy przygotowuję kobiety do porodu, opowiadam im własną historię. Kiedy miałam sześć lat mocno się oparzyłam. Pamiętam, jak mój tato jeździł ze mną do ośrodka zdrowia, a pielęgniarki przykładały mi jakiś specyfik. Nie wiedziałam co to było, mój tato też tego nie wiedział. Wiele lat później rozpoczęłam praktyki w ŚCO, w pierwszym dniu weszłyśmy do gabinetu zabiegowego i poczułam ten sam zapach. Dopiero wtedy dowiedziała się, co to za lek. Analogicznie, zapach, który kobieta będzie czuła przy porodzie będzie towarzyszył jej już do końca życia. Będzie pamiętała np. zapach pomarańczy i to właśnie ten aromat będzie przywracał jej dobre wspomnienia. Mało tego, są olejki, które mogą przyspieszyć akcję skurczową.
– Aromaterapia, to nie jedyny kurs, który pani skończyła, po to, by lepiej służyć pacjentkom i dzieciom. Tych szkoleń było co najmniej kilkanaście.
– Wszystkie one służą temu, żeby pomóc dzidziusiowi przyjść na świat, a kobiecie urodzić. Dziecko nie jest bierne w czasie porodu, pokonuje w końcu jakąś trasę i dla niego też jest to duży stres. Dobrze, że dzieci tego nie pamiętają, bo miałyby traumę do końca życia. Pamiętajmy jednak, że właśnie aromaterapia, czy chusta rebozo pomagają w przejściu stresu. Nigdy nie sądziłam, że kawałek szmatki może tak bardzo pomóc w rozluźnieniu. Kolejne to spinning babies, czyli układanie pacjentki, żeby pomóc rodzącemu się dzidziusiowi. Poród do wody też ma swoje zasady, dlatego każdy powinien przejść taki kurs. Tych szkoleń jest naprawdę wiele, następne na które się wybieram, na prośbę pacjentek, dotyczy chustonoszenia, czyli tego, jak nosić dzidziusia w chuście, już po porodzie.
– Odejdźmy na chwilę od pracy i wróćmy do domu, bo mimo wszystko to tam jest sens życia.
– Mam dwóch synów, których bardzo kocham i tak naprawdę, dzięki nim toczy się moje życie. Nie udało mi się urodzić naturalnie, natomiast każde cięcie, które przeszłam, przebiegało w taki sposób, w jaki sobie to wyobrażałam. Życzę każdej kobiecie, żeby znalazła swoją drogę do porodu, niezależnie czy to będzie cięcie cesarskie, czy poród drogami natury, i żeby zachowała z niego piękne wspomnienia, do których będzie wracać z uśmiechem i miłością.
– Została Pani wybrana przez pacjentki najlepszą położną regionu świętokrzyskiego. Jak Pani przyjęła to wyróżnienie?
– Jestem bardzo zaszczycona i cieszę się niezmiernie, ponieważ staram się walczyć o kobiety. Walczę o standardy opieki okołoporodowej, tak żeby każda kobieta i dziecko miały szansę na kontakt ciało do ciała. To niezwykle istotne, szczególnie w kontekście chociażby karmienia piersią. Dajmy kobietom prawo wyboru, jak chcą rodzić, w jakiej pozycji, bo to nie jest narzucone. Kończąc studia, rzeczywiście znamy tylko jeden mechanizm porodu w pozycji leżącej. Dużo mnie kosztowało nauczenie się, jak przyjmować poród w pozycji kolankowej czy bocznej. Tego nas niestety na studiach nie uczono.
Najbardziej cieszę się z tego, że w tym konkursie nie da się wykupić głosów, więc zagłosowały w nim te kobiety, które naprawdę chciały. Na portalu społecznościowym dominują komentarze pań, od których przyjmowałam poród, niektórych 10, czy 12 lat temu. Jedna z nich napisała, że pamięta zapach moich perfum. To cudowny komplement. Cała ta sytuacja jest naprawdę niesamowita. Bardzo dziękuję!












